Strona:A. Lange - Elfryda.pdf/25

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Ach, jak też pan mówi nieskromnie, aż obraza uszu boskich...
— No, a jakże mam mówić?...
— Grzech popełnia konieczny, grzech nakazany. Bo to już Pan Bóg miłosierny w łasce swojej tak uczynił, że nie inaczej się człowiek rodzi, jeno z grzechu, a znowu ten grzech — to Sakrament — i niemałą z tego człowiek ma uciechę.
— Zgadzam się na tę piękną peryfrazę, ale dla czegóż ja mam stać na ulicy tak długo?
— Pewnie sprośna to konieczność ku utrzymaniu pokolenia Adama, ale chłop powinienby mieć zastanowienie... i nie zapominać otwierania bramy. Obowiązek — to święta rzecz...
Co prawda nie wiem, czy w położeniu Jakóba miałbym zastanowienie, ale w tej chwili kląłem tę bezmyślną dążność ludzkiego bydlęcia do płodzenia potomstwa.
— Nie mam że racji, ojcze Widłaku?
— Bo i pewnie. Im prędzejby się ludzie przestali rodzić, tym prędzejby był sąd ostateczny, a ci, co sobie zasłużyli na tę wieczną szczęśliwość, zdobędą ono słodkie a przeczyste zboże rajskie wybranych.
— Mój ojcze, zapominacie o jednym, że tylko sam Pan Bóg zna dobrze numerum electorum — liczbę wybranych — i dopóki ta liczba się nie wypełni — koniec świata nadejść nie może, a że wybranych jest maluczko, to i nieprędki może być koniec świata.
Słowa te powiedziałem bardzo uroczyście i zu-