Strona:A. Lange - Elfryda.pdf/186

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


do nóżek, bo to ja przecie znam ją od małego dziecka, choć to była zawsze osóbka samowolna i uparta, oj, uparta, że niech Bóg broni.
— Taką też została — pomyślałem sobie.
Zapewniłem staruszka, że wszystko zrobię, co należy. Pani matce przesłałem ukłony.
Z gospodarzem wielce się zaprzyjaźniłem i obiecałem mu zbadać jego tajemnicę.
Przybywszy do Warszawy, natychmiast udałem się do Emilji, której wręczyłem pieniądze. Z początku byłem bardzo oficjalny, ale pod czarem jej osoby wszystkie lody pękły, a była dziś tak rozkoszna, jakby i mnie i siebie chciała wynagrodzić za te parę smutnych miesięcy. Po godzinie leżałem u jej nóg i błagałem o przebaczenie.
Ona to — jak mi wyznała — urządziła wraz z jedną ze swych przyjaciółek całą tę intrygę maskaradową — i umyślnie chciała mnie rozdrażnić tym nazwiskiem „Łącki“, choć nie przypuszczała, że cała rzecz zajdzie tak daleko. O mojej wyprawie doskonale wiedziała: ktoś jej ze Skalisk o tym wszystkim napisał.
Odwzajemniłem się p. Hieronimowi; dowiedziałem się nazwiska jego bezimiennej kochanki.