Strona:A. F. Ossendowski - Mali zwycięzcy.djvu/134

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Henryk z podziwem przyglądał się mądrym i silnym kucykom.
Czepiały się twardemi kopytami nierówności gruntu i lekko wstępowały na niemal pionowe spychy. Schodząc z gór, ostrożnie namacywały kamienie, bacząc, aby im się nie pośliznęła noga.
Ominąwszy dalekie góry, trafili jeźdźcy na obszerną równinę, pokrytą gęstemi zaroślami krzaków i przeciętą kilkoma skalistemi pagórkami.
Zatrzymali się tutaj, rozkulbaczyli konie i, spętawszy im przednie nogi, puścili na paszę. Sami zaś rozpalili ognisko i, przypiekając na węglach kawałki upolowanej sajgi, rozmawiali.
Zmrok dawno już zapadł.
Z płomieni ogniska wyrywały się snopy czerwonych iskier i ulatywały ku czarnemu, okrytemu chmurami niebu.
Czultun opowiadał o napadach Czacharów na karawany kupców chińskich, o krwawych potyczkach, o bogatej zdobyczy, o życiu w Cagan-Czułutaju, o rodzinie swojej, tabunach koni i łowach, urządzanych przez dzikich jeźdźców jego szczepu.
Opowiedział też o tem, że najbliższym sąsiadem jego jest potężny chan Sajn-Najon, który poprzysiągł mu krwawą zemstę za porwanie córki, imieniem Byjme.