Strona:A. Conan Doyle-Pies Baskerville’ów.djvu/009

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Posuńmy się dalej w naszych przypuszczeniach i idźmy ciągle tym śladem. Co nastręczyło najprawdopodobniej sposobność do ofiarowania tego podarunku? Kiedy przyjaciele Mortimera zebrali składkę, by mu dać upominek? Niewątpliwie w chwili, gdy doktór opuszczał szpital, żeby rozpocząć praktykę na własną rękę. Wiemy już, że był to podarunek. Przypuszczamy, że nastąpiło przejście ze szpitala miejskiego do praktyki wiejskiej. Czy zatem zbyt śmiałe byłoby nasze twierdzenie, że podarunek ofiarowano z powodu tej zmiany warunków bytu?
— Jest to bardzo prawdopodobne.
— A teraz zechciej zauważyć, że doktór Mortimer nie mógł należeć do składu stałych lekarzy szpitalnych. Na te posady wzywani są tylko pierwszorzędni lekarze londyńscy, a ci nie przenoszą się nigdy na wieś. Czemże był zatem? Lekarzem-asystentem, zajmował stanowisko niewiele wyższe niż starsi studenci. Opuścił zaś szpital przed pięciu laty... masz datę na lasce. Tak więc, twój poważny doktór w średnim wieku znika, jak widmo, mój drogi, a na jego miejsce ukazuje się nam trzydziestoletni młodzieniec, miły, skromny, roztargniony i posiadający psa, którego określiłbym mniej więcej jako większego od jamnika a mniejszego od brytana.
Uśmiechałem się z niedowierzaniem, gdy Sherlock Holmes przechylił się w tył, puszczając pod sufit kółka dymu.
— Nie mam sposobu zbicia tego ostatniego wywodu, — rzekłem — ale nic łatwiejszego niż