Strona:Życie tygodnik Rok II (1898) wybór.djvu/311

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Pies wicie przeźry człeka od razu — mówił zwolna, wpijając we mnie przenikliwe oczka. — Dobremu rad, złego prześladuje... U ludzi nie tak.
— Nie wierzą se.
— A nie wierzą. Bo na poziór patrzą...
— Gdzieście się zabrali? — spytałem.
Namyślał się, co ma odpowiedzieć.
— O dyć nika... — mruknął po chwili. — Tak se ta posiedzę, pomedytuję... Robić ni ma co.
— Z czegóż żyjecie?
Spojrzał na mnie zdziwiony.
— Z tego, co świat nagodzi... — szepnął. — Dy dźwierzyna żyje po lasach, a wyżyje... Nie trapię się, bo ni mam o co.
— Gruntu nie macie?
— Co mi po nim! Telo z nim, co i bez niego...
— I jakże?...
— A nijak!
Patrzyłem nań zdumiony. Świdrował mię oczkami, mru-