Strona:Życie tygodnik Rok II (1898) wybór.djvu/292

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
Sang. A gdzie Rachel?
Anna. Wkrótce nadejdzie. Czuwała z Eliaszem do północy.
Sang. Kochane dzieci! — — Jak wy mogliście? — Nie, nie! nie chce wiedzieć! — Byłeś zawsze prawy. Jeśliś dopuścił do tego — to widocznie musiałeś.
Eliasz. Musiałem. Ale to było straszne.
Sang. Przy mnie odzyskasz ją łatwo. Jestem tylko człowiekiem uczuciowym. Ale może to właśnie początek nowej wiary, która nie może być nigdy więcej utraconą.
Eliasz. Wydaję się sam sobie zbrodniarzem, mój ojcze — a przecież nim nie jestem.
Sang. Czy sądzisz, mój synu, że wątpię w to choćby na chwilę! Nie sądź po tem, że nie umiem być powściągliwym. To pochodzi stąd, że byłem tak pewny swej wiary i że na niej tyle zakładałem. Teraz sam będę potrzebował pewnego czasu, aż — — Nie, nie! Przebacz mi, synu. Tyś temu przecież nic nie winien!
Rachela (wchodzi, ale cofa się lękliwie kilka kroków w głąb pokoju. Sang spostrzega ją).
Rachelo! Ach, moja Rachel! (Ona podchodzi i pada na kolana). Kiedyś jeszcze była całkiem mała, już się uczyłaś więcej wierzyć mnie, twemu ojcu, niż wszystkim książkom —
Jakże więc to się stać mogło? Muszę wiedzieć; jak do tego przyszło. — Bo że ktoś mógł cię oderwać odemnie —
Rachela. Nie od ciebie ojcze!
Sang. Daruj! Nie chciałem cię dotknąć. —
Chodź do mnie. (Rachela rzuca mu się w ramiona). Przyrzekam wam, moje dzieci, że odtąd ani słówkiem o tem nie wspomnę. — Ale wpierw chciałbym jednak wiedzieć, co was dziwić nie powinno — jak się to właściwie odbyło?