Strona:Życie tygodnik Rok II (1898) wybór.djvu/28

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

Nr. 8.

EMIL VERHAEREN.

ODJAZD.

Mórz wał o piersi skał rozbija fal swych szał,
I szumią tonie ciemne,
Szumią, bryzgają pianą,
Huczą dookoła.
Oderwane znikają barki i spichrze,
Zgrzyta pomost w łańcuchu. Słychać gwar
Szereg pomostów i doków i gar —
I ognie spiętrzonych latarń i far
Chwieją się w wichrze,
Co biczuje morski piach
I słupy — i wieże i — dach...
I gdy maszty zaskrzypią — i fale się wydmą
Szalony okręt mój kotwicę rzuca.
I na zenitach mając portu widmo
Ryczy całą mocą swego płuca
Na wichry i gromy — —
I mknie zwierz błyskawiczny na morza ogromy.
O na jakiż to obłęd niewiadomy,
Na jakie sny letargiczne,
Na jakie przebudzenia magnetyczne,
Na jakie Pozaświaty, na jakie gdzie — bądź
W promieniach konwulsyjnych słońc,
Na jakie grozy i mrozy,
Na jakie rafy i trafy,
Na jakie złote Potozy,
Na jakie steru i masztów rozłomy —
O, na jakie miraże — i śmiechy — i kwiaty
Pędzi mój okręt, dziki mors zębaty —
Zwierz błyskawiczny przez morza ogromy? —
Ale ta, co rozsądku mego dzierży stery
Trzymając bladą lampę w ręku
Weszła na wielkie debarkadery
I patrzy, jak mój okręt odpływa w rozjęku
Na widnokręgów niewiadomych sfery.

Tłom. A. Lange.