Strona:Życie tygodnik Rok II (1898) wybór.djvu/256

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


karpiem, albo szczupakiem­‑lucyferem, który błyska srebrno­‑niebieskiem podskórzem, jak pochodnią.
Gdybyż to spocząć na tym czarnym aksamicie! rybki całowałyby mnie po ustach, odrywając kawałkami ciało; lilie miłośnie otoczyłyby wiotkimi ramiony mą szyję i wyciągały soki pożywne z mej piersi. Takieby wzrosły bujne, przeczyste, wspaniałe; takim symbolem niewinności, wdzięku jaśniałyby ich białe korony.
I bóle moje przejdą — jak dźwięk...
Stanę się dziedzicem wszystkich królestw, ciało i krew swą rozdawać będę wszystkim, którzy u mnie jeść zapragną — ja was napoję — ja was nakarmię!
Hej, hej! ludzie ryby łapią i mnie zjadają! Lilia Weneda ojca żywi liliami; jaskółka miała w dzióbie szklarka, wicher obłok poniesie, a rolnicy złożą obiaty, aby ich pola zrosił ożywczy deszcz mojej krwi.
Powstaję... słońce prostopadłe promienie skupia na mojej czaszcze i śmiech porywa szalony: co za rozkosz! i wrę i płonę i mózg mi się warzy — oh!
De profundis clamavi ad Te, Domina Natura, sancta mater mea!
Nie chcecie? — to darmo — ja całemu światu rzucę ewangelię. Nie skrępujecie mojej wolnej myśli niczem. To jedyna wolność w tem więzieniu świata! Palicie mnie, obłudnicy? ale słowa moje poniesie drgający eter aż na szczyty najwyższych gór.
Już ogarniają stos mój płomieniste języki, lilie chusteczkami powiewają z radości, a tłum czarnych mnichów spogląda na mnie z brzegu, szemrząc modlitwy i przekleństwa.
Szatany krążą w powietrzu, oblewając roztopioną siarką i wołają: tyś nasz!
A tam — matka moja z zielonymi włosami wyciąga dłonie — skroń jej obłoki otaczają srebrzystym rąbkiem, u stóp jej na czarnym aksamicie rybki się gonią.
Kochasz mnie, matko? o, i ja cię kocham!...

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Prysnęła gładka powierzchnia jeziora, jak rozbite zwierciadło; lilie pogrążyły się w wodzie, roje owadów rozpierzchły się, a ciało zapadało zwolna, aż spoczęło na dnie.
A wtedy uspokoiło się wszystko. Kwiaty wypłynęły na wierzch, oświeżone zamrzeniem; rybki zbliżyły się ciekawie do złotawej, nieruchomej bryły i zaczęły ją całować czy kąsać...