Strona:Życie tygodnik Rok II (1898) wybór.djvu/221

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


I to cha­‑cha­‑cha temperamentowe zapieczętowało wszystko: i konkury Bielikowa i jego żywot doczesny. Nic już nie słyszał, co mówiła Basia, nic nie widział. Po powrocie do domu, przedewszystkiem usunął jej portret z biurka, a następnie położył się do łóżka — i więcej już nie wstał. Po trzech dniach przyszedł do mnie Afanasij i zapytał, czyby tak nie można posłać po lekarza, bo z panem coś nie bardzo. Poszedłem do Bielikowa. Leżał pod kołdrą i kocem, nad nim firanka. Zapytać go o cokolwiek, a on biedak tylko: tak, albo — nie, i więcej ani pary z ust. Leży, a po pokoju krąży Afanasij, grobowy, nachmurzony, wzdycha głęboko, a wódka jedzie od niego jak ze szynku. Po miesiącu Bielikow umarł. Odprowadziliśmy go na pogrzeb wszyscy, to jest seminaryum i gimnazyum jedno i drugie. Gdy już leżał w trumnie, nabrał wyrazu jakiegoś łagodnego, przyjemnego, nawet wesołego, jakby go to cieszyło, że raz nareszcie dostał się do takiego futerału, z którego już nigdy nie wyjdzie. Tak! Dobiegł do ideału! I jakby dla dogodzenia nieboszczykowi podczas pogrzebu niebo było ołowiane, padał deszcz — a myśmy wszyscy byli w kaloszach i pod parasolami. Basia także była na pogrzebie; a gdy trumnę wpuszczali do dołu — zapłakała. Zauważyłem, że chochołki albo płaczą, albo chichoczą. Pośrednich nastrojów nie używają.
Przyznam się otwarcie, że to wielka przyjemność grzebać takich ludzi, jak Bielikow. Po powrocie z cmentarza wszyscy mieli miny skromne, postne, z niczyjego oka nie wyrywało się uczucie przyjemności — to samo