Strona:Życie tygodnik Rok II (1898) wybór.djvu/211

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Iwan Iwanowicz, chcąc coś powiedzieć, zakaszlał, ale z początku zapalił fajkę, popatrzył na księżyc i dopiero potem wyrzekł z rozwagą:
Tak. Myślący, porządni, czytają Szczedryna i Turgieniewa, rozmaitych tam Bucklów i innych — a jednak poddawali się, cierpieli... Tak, proszę ja pana, tak to bywa...
Bielibow mieszkał w tym samym domu, co i ja — ciągnął dalej Burkin — na tem samem piętrze vis à vis, częstośmy się spotykali, więc znałem jego stosunki domowe. I tutaj to samo: szlafrok, szlafmyca, okiennice, siatki — cały systemat różnych ograniczeń, odgraniczeń i zakazów i ach — żeby tylko co z tego nie wypadło. Jeść z postem — nie zdrowo, jeść mięso nie wypada, bo powiedzą potem, że Bielkow nie pości. Służącej nie trzymał, bo by może o nim źle sądzili — więc trzymał kucharza Afanasija, starego wygę, kretyna i pijaka. Afanasij przed wiekami służył w wojsku za lokaja u oficera i w przybliżeniu umiał cokolwiek spitrasić. Ten Afanasij zazwyczaj stał we drzwiach, ręce w krzyż i nie wyraźnie mruczał.
Bardzo już dużo ich dziś mamy!
Sypialnię miał Bielikow maleńką, jak pudełko. Nad łóżkiem ma się rozumieć gruba firanka. Spał zawsze starannie zawinięty wraz z głową w kołdrę. — Duszno mu było, gorąco, w piecu huczało, wiatr głucho uderzał do drzwi, a z kuchni biegły jakieś odgłosy, straszne odgłosy...
A Bielikow drżał w kołdrze­‑futerale. Bał się, żeby przypadkiem co nie wypadło, żeby Afanasij go nie zarżnął, aby złodziej się nie dostał do pokoju, a potem w nocy śniły mu się przeraźliwe sceny. Rano idąc do gimnazyum, widziałem go zmęczonego, wybladłego. Widać było, że ludne gimnazyum, dokąd dążył działa mu wprost na nerwy, męczy, zabija jego istotę i że tej naturze odludnej przykrem jest i to nawet, że musi iść razem z kimkolwiek.