Strona:Życie tygodnik Rok II (1898) wybór.djvu/205

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


BURZA GÓRSKA.

Hej nocą, nocą, lipcową nocą
Złote ostrogi w świetle migocą,
Sto pysków końskich uzdy wypręża,
Sto iskier ciska Ruta pawęża,
Sto kit liliowych snopem wykwita, —
Sto koni tłucze w srebrne kopyta.

Na grzywach chmury miedzianolice,
W karki się wpiły drżące orlice,
Pioruny dławią chrapiące gardła,
Mgła się nad nimi stepem rozparła,
Gromy gruchocą brzękiem łańcucha,
Żar wężowiskiem z paszczy wybucha.

Jaśniej a krwawiej! ludniej a ludniej!
Pod kopytami opoka dudni.
Przez wielkie łąki, przez skalne błonie
Mkną rozhukane, szalone konie —
Ziemia się czarna krwi skrzepem plami,
Gdzież wy rycerze? My tu za wami!

Nozdrza im dyszą żądzą szaleńczą
Duchy pokoleń w piersiach im jęczą,
Pyski im zioną mgłą i zawieją,
Otumanione ślepia krwawieją,
Szał im wydyma nabrzmiałe szyje —
Na bój, rycerze! Godzina bije!

A ich czaprakiem mgły welon szary,
A ten mrok czarny — to ich sztandary,
A uździenicą — ten tuman biały,
A te poświsty — to ich hejnały,
A gromów ryki — to ich moździerze,
Bije godzina! Na bój rycerze!

Lecą, czasami trącą kopyty
Stężałe, śpiące piersi — granity —
Czasami skrzydłem gryf krwistodzióby
Muśnie olbrzymom skalne kadłuby.