Strona:Życie tygodnik Rok II (1898) wybór.djvu/182

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


kolanach, na dłoniach oparła głowę i czekała, sama nie wiedząc na co.
— Czy koniecznie muszę być Franka? — pytała się siebie samej. — A jeżeli mi się inszy spodoba?.. Zamyśliła się... — Jeżeli mi się inszy spodoba, to go Franek spierze i już — okrutnie ci mocny... A jeżeli czarne ślepia moje spodobają się komuś z waszecia, to co wtedy będzie?.. Na tego przecie Franek nie będzie się mógł rzucić, chociaż urośnie.
Zadzwoniono na podniesienie kurtyny. Panowie rzucając papierosy — wracali. Franek pochwycił jeden w powietrzu i paląc go, poszedł z fantazyą do zadumanego dziewczątka.
— Niech piekło spali! — za cały antrakt zarobiłem pięć centów, a półtory paczki zapałek zepsułem. Ale ja nie łapię ślepiami frajerów, jak ty.
— Czemu nie łapiesz?
— Wyśmialiby mnie, żebym do nich ślepia zawracał. Ale nie chcę, żebyś i ty zawracała.
— I co mi zrobisz?
— Spiorę cię, że popamiętasz ruski miesiąc.
Dziewczątko się roześmiało, rade z zazdrości chłopca.
— To ty mnie lubisz? — spytała.