Strona:Życie tygodnik Rok II (1898) wybór.djvu/181

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Postoję jeszcze podczas pierwszego antraktu, może i te parę paczek wezmą. Wtedy dopiero polecę do sklepu i do domu; będzie bal. Żeby nie ja, nie byłoby dziś u nas wieczerzy... Co wieczór za moje wieczerza — dodała z dumą.
Pod teatrem przelatywały światełka od zapalonych zapałek, podobne do świętojańskich robaczków.
— Antrakt! — zawołała — nasi pracują! Pobiegła...
Gromadka młodych ludzi stała przed teatrem, paląc papierosy, Wśród nich uwijali się chłopcy, zapalali nieustannie zapałki, częstując panów ogniem. Dwunastoletni Franek z wściekłą zawziętością tarł o rękaw swego kaftana zapałki i prawie siłą wciskał zapalone do rąk młodzieży.
— Ach, jak ci szelma Franek szafuje zapałkami — szepnęła wesoło.
Dotarła go głównych schodów wysuwając trzymane w rękach pudełko. Franek ją zobaczył, przyskoczył do niej, pochwycił paczkę szwedzkich i zaczął je z gwałtownością zapalać.
Dziewczynina nic nie odpowiedziała, Frankowi nie żałowała. Podczas antraktu sprzedała dwie paczki, ostatnią pochwycił Franek.
— Gotowaś mi nie zostawić ani jednej — a tu dwa jeszcze antrakty.
— A tyś mi nawet nie powiedział Bóg zapłać.
— Głupia, to przecie moje.
— Twoje? patrzcie go.
— Masz być moją, to wszystko co twojet to i moje — rozumiesz?
— Zaraz?!..
— Zobaczysz.
— Nie chę być twoją.
— Będę ci się pytał!
Jeden z panów stojących na schodkach wyjmował świeżego papierosa — Franek rzucił się ku niemu z zapaloną zapałką.
Dziewczyna usiadła na schodach, łokcie oparła na