Strona:Życie tygodnik Rok II (1898) wybór.djvu/162

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


wie. Dni mijały jeden po drugim, a ja czułem tylko, że na dworze jest ciepło, że spokój otacza mnie, że niebo jest błękitne, że powietrze przepełnione jest gorącym blaskiem, i że w cieniu zielonych buków jest tak rozkosznie chłodno, jak gdyby miękka dłoń kobiety dotykała rozpalonego czoła. Całemi dniami chodziłem po lesie; stałem się zwierzęciem leśnem, rośliną polną, a w istocie mojej zmartwychwstało dziecko w całej swej prostocie i niewinności, tak jak kwiat, który okryty pyłem i spalony promieniami słońca, podnosi zwolna zwiędłe listki po orzeźwiającym deszczu.
Ostatnie lata leżały za mną pogrążone w ciemności, a ja wyszedłem nagle na jasność, i czułem, że martwa, zlodowaciała moja istota ożywia się na nowo, i że dobroczynne ciepło zdrętwiałe rozgrzewa członki. A gdy nadszedł wieczór i słońce chyliło się ku zachodowi, gdy cicha, szafirowa noc obejmowała poła i lasy, wtedy stawałem się sentymentalnym, tak, jak w niezapomnianych dniach pierwszej młodości.
I gdy pewnego takiego wieczoru, po przepędzeniu całego dnia nad rzeką, wróciłem do domu, znalazłem na stole list z zaproszeniem do jednego z obywateli tamtejszych, duńskiego