Strona:Życie tygodnik Rok II (1898) wybór.djvu/161

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Słońce chyliło się ku zachodowi — błękit nieba przechodził zwolna w barwę szarą — chłód wieczorny dawał się już uczuć i jeszcze głębsza cisza zapanowała nad wybrzeżem.
— Mogę wam opowiedzieć — zaczął znowu mój przyjaciel — ustęp z mego życia, teraz bowiem myślę o tem bez żalu i goryczy. Jest to zdarzenie, które wyjaśnia mi wszystko to, o czem poprzednio mówiłem. Przed kilku laty, po zimie, przepędzonej wśród ciężkiej pracy, czułem się zmęczonym i znużonym na duszy i ciele, przesycony życiem kawalerskiem, miastem i towarzystwem ludzi i postanowiłem wyjechać na pewien czas. Puściłem się na oślep, na los szczęścia i ostatecznie zamieszkałem w odległym wiejskim kącie, w cudownej okolicy, pełnej lasów i rzek — i będącej odrębnym w sobie światem, nie mającym żadnej styczności z tym światem, z którego uciekałem. Doznawałem takiego uczucia, jak człowiek, który z dusznej sali balowej wychodzi na świeże powietrze, któremu gorąco i szał drży jeszcze we krwi i nerwach, a w głowie brzmi nuta tańca; zdawało mi się z początku, że idę w jakiejś pustej, nieskończonej przestrzeni, która unosi się nademną i sprawia mi zawrót w gło-