Strona:Życie tygodnik Rok II (1898) wybór.djvu/92

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Skocz do: nawigacja, szukaj
Ta strona nie została skorygowana.


ja jestem wolna! jestem panią swojej woli. (z wymownym giestem). Samoistna młoda panna! (Śmieje się. Pauza.) Nie smuć się. Twój ojciec był silniejszy — a życie jest właśnie takie a nie inne.
Fryderyk. I ty to nazywasz szczęściem — taką samoistność?
Rita. Tak jest, to jest moje szczęście — i ja je kocham całą duszą, bom je sobie sama wywalczyła.
Fryderyk (gorzko). Piękne szczęście! Poza familią... poza wszelkiem porządnem towarzystwem...
Rita (wybucha rączym śmiechem). O tak, przed niem to uciekłam... dzięki Bogu! (Szorstko). A jeżeli nie przychodzisz z polecenia mego ojca, to dla czego tutaj przyszedłeś... w jakim celu... czego chcesz odemnie?
Fryderyk. Erno, co znaczy ten ton, z jakim...
Rita. Tak jest. Mam cię w podejrzeniu, że ty... że ty przyszedłeś zabrać, mi moją wolność... Wogóle w jaki sposób mię wyśledziłeś?
Fryderyk. O, nie przyszło mi to tak łatwo. — Rita Revera! Jakże często w ostatnich latach czytałem to nazwisko... w gazetach... w Berlinie na wszystkich rogach, ogromnemi literami. Ale czyż mogło mi kiedy wpaść na myśl, że to ty właśnie...
Rita. Dlaczego nie poszedłeś do Odeonu?
Fryderyk. Nie chodzę do podobnych lokalów.
Rita. Ah! Przepraszam.