Strona:Żółty krzyż - T.II - Bogowie Germanji (Andrzej Strug).djvu/69

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


godniu, po dwuch, trzech — najwyżej po miesiącu kończyło się jej opętanie, wybraniec losu pewnego dnia w całym swym rozpędzie miłosnym zastawał jej drzwi zamknięte. Napróżno kołatał, błagał, groził — pytał o przyczynę. Nie było żadnej przyczyny ani powodu. Eva dziękowała za miłe chwile i oznajmiała poprostu, że nie chce dłużej...
— Dlaczego nie chcesz?!
— Bo już nie mogę.
— Dlaczego już nie możesz?!
— Gdyż nie chcę. Taka już jestem.
Nie każdy z unieszczęśliwionych poprzestawał na tem, rzadko kto zdołał zrozumieć Evę. Bywały awantury, zdarzały się dramaty. Niejeden przez cale życie rozmyślał nad zagadką, dlaczego go pokochano wprost, znienacka, tak bezprzykładnie, z takiem szaleństwem oddania i porzucono z dnia na dzień z zimną uprzejmością, bez cienia litości. Przelotna łaska najcudniejszej, niedostępnej, po królewsku dumnej kobiety i pierwszej na obie półkule świata gwiazdy ekranu zatruta nie jeden ludzki los. Miała na swej drodze dwa samobójstwa, ale sumienie jej zostało nieporuszone. Zato pewien desperat wystrzelał do niej trzy naboje i — rzecz przypadku — szczególnym cudem nie trafił, a gdy obrócił broń przeciwko sobie Eva mu przeszkodziła i w tym dziwnym trybie zostali przyjaciółmi „na całe życie“.
Niektórych spotykała potem, prędzej czy później w swoich nieustających nigdy wędrówkach po świecie. W takich razach była uprzejmą, lecz ani więcej,