Strona:Żółty krzyż - T.II - Bogowie Germanji (Andrzej Strug).djvu/61

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


rozpaczy i miłosnego obłędu?... Był bardziej nieprzytomny niż kiedykolwiek dawniej. Zrywał ostatecznie i na pożegnanie obrzucił ją najpodlejszemi koszarowemi obelgami. Koniec. Ale po swoją tekę przysłał adjutanta dopiero po dwudziestu czterech godzinach.
Tem się zdradził. Dał jej zbyt wiele czasu na przeszperanie papierów i skopjowanie tego, co tam wsunął z całą perfidją fachowego prowokatora. Był tak wyraźnie cyniczny, że nawet oba kunsztowne zameczki zostawił odemknięte... Był tak uprzedzający, że zamiast fachowego elaboratu sztabowego, w którym mogła była się zagubić, kazał skomponować dla niej niezbyt długie, treściwe memorandum, zrozumiałe w czwartym roku wojny dla każdego czytelnika gazet.
Spieszyła się strasznie. Była najpewniejsza, że lada chwila generał wpadnie po swoją zgubę. Była naiwna. Była głupia.
Czemuż zataiła wszystko przed van Trothenem? Czemu nie powiedziała mu nic, gdy z niedowierzaniem trząsł głową nad tym niesłychanym elaboratem? Nalegała, groziła mu, opowiadała niestworzone rzeczy o pochodzeniu dokumentu i cóż — nie bardzo przekonany kazał to zaszyfrować i wysłał natychmiast.
Nie widziała się z nim od trzeciego dnia ofensywy, gdy znienawidziła go śmiertelnie. Nie mogła znieść jego ironji i pewnych pouczeń.
— Mogła pani bardzo i bardzo zaszkodzić na-