Strona:Żółty krzyż - T.II - Bogowie Germanji (Andrzej Strug).djvu/337

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


gów i zdrajców i ustawicznie niepokoją władze bezpieczeństwa — Eva czytała już artykuły, które wyrzekały na tę plagę.
Tak rozumując Eva uspakajała się, otrząsając się z ciężkiego wrażenia i z niejakiego przelotnego strachu po rozmowie z kapitanem Percin. Cóż, kapryśnica fortuna przez całe jej życie tak wierna narazie odwróciła się od niej, trzeba to umieć przetrwać i przeczekać — i tak ma dość trosk z głupią i tchórzliwą „opinją“ Paryża, zniosła kampanję oszczerstw, przezwycięży i fantasmagorję jakichś komicznych kontrwywiadowców. Swoją drogą dużo by dała, żeby znaleźć się o tej porze w zacisznej Helwecji, w swojem wymarzonem oknie w hotelu w Mürren.
I nagle ujrzała wizję swego zamierzonego filmu. Sypnęła się na nią nawała obrazów, scen, gestów, wyrazistych twarzy. Chwilami mknęły przesuwając się jak na ekranie harmonijne, powiązane ze sobą, jakaś przyciszona orkiestra nuciła melodje wybrane i film żył, biegł, kipiał, tchnął prawdą. To znowu z chaosu pomysłów i kształtów wynurzała się — w formie jakowegoś wpatrzonego w nią oblicza, w formie szalonego ruchu i tłumu na skrzyżowaniu ulic wielkiego miasta, w formie dymów z kominów fabrycznych, w formie drzew szamocących się na wichrze i w tysiącu jeszcze postaci — główna idea utworu, jego dusza, jego cała przyczyna.
Cóż to ma być?