Strona:Żółty krzyż - T.II - Bogowie Germanji (Andrzej Strug).djvu/332

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


gał mi we wszystkiem szef naszego wywiadu i jego zastępca.
— Tamtejszy szef już nie żyje...
— Van Trothen umarł?
— Zwarjował i był niebezpieczny, więc umarł w porę.
— To Abbegglen go zgładził, jego zastępca!...
— Nie wiem, ale ten siedzi już w więzieniu zdradzony przez... Posądzają o to właśnie panią.
— To obłęd! Temu człowiekowi zawdzięczam moją ucieczkę a może życie!
— I cóż to znaczy? Kontrwywiad twierdzi, że cała ucieczka pani była mistyfikacją w celu odzyskania w Paryżu dobrej opinji i prestiżu, nadwątlonych przez pani germanofilskie wystąpienia i afiszowanie się z generałem Sittenfeldem.
— Dobrze, a pomoc Abbegglena?
— Był w rękach prowokatorów.
Eva roześmiała się, a widząc ponurą, straszną twarz kapitana Percin, która zaskrzepła i nawet nie drgnęła, zaczęła się śmiać w najlepsze.
— O, pani Evo... Popamięta pani kiedyś ten niewczesny śmiech... W jakiejś strasznej godzinie... Obym był złym prorokiem... Niechże pani będzie poważną!
— Jakże, na Boga, mam być poważną, kiedy pan, mój dawny przyjaciel i tak wybitny uczony psycholog oskarża mnie...
— O nic pani nie oskarżam! Ja panią chcę ratować! Powiedziałem już raz, że jestem przekonany,