Strona:Żółty krzyż - T.II - Bogowie Germanji (Andrzej Strug).djvu/329

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ostało się tylekroć przed najzacieklejszemi szturmami, miało być łada chwila ogarnięte przez nieprzyjaciela. I udręczony Paryż, zanim zdążył odetchnąć po minionej nawałnicy, znowu zbudził się pewnego poranka z koszmarem klęski w duszy. Nanowo ze drżeniem fczekano na gazety, złe wieści, alarmujące pogłoski przebiegały przez wspaniałe avenues, przez bulwary, mosty, ulice, i uliczki i najnędzniejsze ślepe zakątki potwornego mrowiska ludzkiego, na które z wyżyny trzech tysięcy metrów spoglądali lotnicy nieprzyjacielscy, miotając w ten zamęt swoje pociski. Ludzie znowu nie wierzyli komunikatom, oskarżali wodzów, domagali się całej prawdy i truchleli przed nią.
W trzecim dniu ofensywy Eva otrzymała tajemniczy telefon, czyjś niewyraźny głos męski prosił ją w tonie dziwnie nakazującym, żeby zechciała być dzisiaj jeszcze, o godzinie czwartej w Jardin d’Acclimatation w głównej alei — sprawa niesłychanej wagi — mówi przyjaciel, sądzi, że go pani Evard poznaje po głosie?
— Nie przyjmuję podobnych zaproszeń.
Znowu dzwonek.
— Pani Evo, to jeszcze ja — czy pani nie poznaje? La gueule cassée...
— Ach, to pan, tak, teraz poznaję.
— Więc bardzo proszę być!
— Będę, ale dlaczegóż...
— Proszę nie pytać o nic!
W cywilnem, nieszczególnem ubraniu kapitan Percin wyglądał obco i niemiło. Ze swoją pokiere-