Strona:Żółty krzyż - T.II - Bogowie Germanji (Andrzej Strug).djvu/325

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


obrzydziły żołnierzom uroczyste wzniosłości. Oddawna już są one przedmiotem drwin po obu stronach frontu, zato i tu, i tam w okopach zrodziła się nowa swoista poezja w samorodnej gwarze żołnierskiej, pełna nagiej prawdy o wojnie i w, grubych cynicznych słowach i zwrotach, które są nie do powtórzenia na papierze, przemawia jakowymś sposobem do znękanych serc i dusz. Ona budzi śmiech, podnosi humory, gdy okopy toną we wszach i w błocie, jej najgłupsza jakaś na pozór zwrotka jest powtarzaną z uniesieniem przez wszystkich i biegnie przez okopy od kompanji do kompanji, od pułku do pułku, od korpusu do korpusu, od armji do armji przez setki kilometrów, poprzez całą pokręconą linję frontu. W bezimiennej twórczości żołnierskiej w steku bezeceństw, urągań, wyśmiewiska zdarzają się i głębie przedziwnej poezji z której bije mimo rewolty poczucie ojczyzny i powaga wojny, i dostojeństwo poświęcenia, i prostota bohaterstwa a nawet wśród obelg, drwin i wyzwisk — szacunek dla nieprzyjaciela i jego męstwa.
Eva patrzała na tych złych żołnierzy, na tych „sans patrie“, którzy jutro za nierozważne słowo, za jeden gest mogą stanąć przed sądem potowym, słuchała ich pogróżek i kawałów i wiedziała, że ci jednak do końca spełnią swój obowiązek, jak i tamci z niemieckiej „Kassiopei“. Zadumała się. Ileż to czasu, ile lat przeminęło od chwili, gdy opuściła Berlin, rzecz nie do wiary — niespełna trzy tygodnie...