Strona:Żółty krzyż - T.II - Bogowie Germanji (Andrzej Strug).djvu/322

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


zresztą skierowane to było raczej do mnie jednego...
— Ale co, nareszcie?!
— Myślę właśnie nad konsekwencjami tej zniewagi... Mógłbym to zataić, gdyż rozmowa była we cztery oczy, ale nie wiem, czy mi wolno... Muszę się naradzić z przyjaciółmi...
— Więc?
— Niepodobieństwo, pani Evo... No, postąpił sobie ze mną jak zwyczajna kanalja... Wśród wielu innych jest pewne rynsztokowe słowo — zresztą bardzo krótkie. Takie było nasze pożegnanie, nie mogłem nawet trzasnąć drzwiami, na co miałem ogromną ochotę, gdyż zaledwiem dotknął klamki, drzwi otwarły się przedemną same, a trzymał je z tamtej strony jakiś drab. Oto, pani Evo, obraz Francji pod obcasem Clémenceau. I gdyby to się wkońcu na coś przydało, ale pożal się Boże....

Eva czuła się w Paryżu coraz bardziej nieznośnie, znajomi spotykani na ulicy udawali, że jej nie widzą, a nigdzie nie mogła zachować swego incognito, bo obcy poznawali ją na każdym kroku. W Wersalu w parku grupa zwiedzających snać z prowincji zrobiła jej huczną owację z okrzykami i oklaskami, od których uciekła, w pawilonie leśnym w St. Cloud publiczność podniecona przez jakąś patryotyczną jejmość z nieodgadnioną opaską na ramieniu obrzuciła ją obelgami, więc znów musiała ratować się ucieczką. Poczciwa Yvonne opiekowała się nią jak umiała, urządzała na jej cześć wieczorynki w swoich dwuch