Strona:Żółty krzyż - T.II - Bogowie Germanji (Andrzej Strug).djvu/321

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


mu czoło! Zacząłem dostojnie, niemal serdecznie — panie premjerze — powiedziałem, — nie przychodzę do pana jako do władcy Francji i kierownika wojny... Staję tu jako długoletni kolega pański, jako senator przed senatorem... A on mi przerywa i tym swoim nieznośnym skrzekliwym głosem... Mniejsza o to. Wówczas i ja zacząłem inaczej.
— Niechże pan mówi do rzeczy — cóż on ostatecznie powiedział?
— Ostatecznie? Nic nie powiedział! Gdybym chciał przedstawić to posłuchanie w przesadnej karykaturze, mógłbym przypuszczać, że mnie już po pierwszych słowach poprostu wypędził. Trwało to niedowiary krótko — parę minut... Nazywają go tygrysem... Za wiele honoru! To zwierzę nieczyste, raczej krokodyl, wyszczerzający paszczę z cuchnącej wody...
— Panie senatorze, na miłość boską!
— Powiedział ot temi samemi słowy, które pani tu odemnie słyszy i właściwie poza wielu przykrościami, skierowanemi w moją stronę, aż dziw, że się to zmieściło w tych dwuch minutach czasu — było to jedyne, co wogóle powiedział. Ten zbrodniarz ośmielił się powiedzieć, a raczej zagrozić: — Niechno ta pani siedzi cicho bo ja się do niej dobiorę...
— Doprawdy?!
— A na moje pytanie, wie pani, w tonie jaknajbardziej kategorycznym — co to ma znaczyć, odpowiedział...
— No co?
— Nie mogę tego powtórzyć w pani obecności,