Strona:Żółty krzyż - T.II - Bogowie Germanji (Andrzej Strug).djvu/320

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


aż zdechnie w jakimś okropnym paroksyzmie agonji... Niech się roją i trapią jej niezliczeni „przyjaciele“ w Paryżu, w Londynie, w Rzymie, w Wiedniu, w Berlinie... Niech cały świat zapomni o Evie Evard... A ona w ukryciu zasklepi się w sobie, pogrąży się w swojem dziele, będzie mozolić się, studjować, badać, będzie przerabiać je po tysiąc razy, by osiągnąć to, co zamierzyła — doskonałość. I kiedyś, za rok, może za dwa lata wyjdzie z ukrycia, założy wytwórnię i pod własnem kierownictwem zgromadzi wielkie kapitały, najlepsze siły artystyczne, pierwszorzędnych fachowców, sama obejmie główną rolę i olśni i zdobędzie świat — stworzy epokę w; dziejach sztuki filmowej.
Pocieszyło ją to znacznie, radaby odrazu wyjechać i zabrać się do pracy, rzucić obrzydły Paryż i sprawę swojej rehabilitacji, nie czekając na skutek zabiegów senatora. Pewnego dnia zjawił on się ze zmienioną twarzą, która bladła i czerwieniała naprzemian i drżącym głosem bełkotał jakieś ogólnikowe, złowróżbne zdania, przeplatane słowami obelżywemi pod niewiadomym adresem. Trząsł się, odgrażał się i o mało nie płakał. Błagał o szklankę wody, wreszcie wypił pół syfona zanim Eva odgadła raczej niż zrozumiała, że senator wraca wprost z posłuchania u ministra wojny.
— To zbrodniarz, człowiek skalany... Ten intrygant, osiwiały w świństwach, ten brudny panamista!... Jak on śmiał?! Pani Evo, dla pani poniosłem najcięższą ofiarę mego życia... Ale godnie stawiłem