Strona:Żółty krzyż - T.II - Bogowie Germanji (Andrzej Strug).djvu/305

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


tego trzyma się w więzieniu w znacznym stopniu dla uspokojenia chorobliwej opinji. Żałuję, że obecnie nie należę służbowo ani do II-go Biura ani wogóle do Ministerstwa, jednak ma się znajomości i drogi... Proszę wierzyć, Pani Evo...

Paryż odetchnął swobodnie i ochłonął. Ustały nocne alarmy z atakami powietrznemi, zamilkła dalekosiężna baterja, nieprzyjaciel wyczerpany utknął na drodze do stolicy i umacniał się na krwawo zdobytych stanowiskach. Na ulicach ukazały się kolumny jeńców, przeciągały zdobyczne niemieckie baterje, dzienniki w arcyprzemądrze motywowanych artykułach dowodziły, że cała ta kampanja, zwana „zaskoczeniem 27-go maja“ skończyła się ostatecznem wyczerpaniem żywej siły nieprzyjaciela, a zdobycze w terenie, pomyślne do pewnego stopnia, taktycznie zepchnęły Niemców z drogi ich naczelnej doktryny strategicznej i, biorąc rzecz strategicznie, pogorszyły ich położenie, odbierając im, za tym razem już ostatecznie, wszelką nadzieję na osiągnięcie celów wojny.
Swoją drogą zastanawiającą ilość dowódców, którzy dali się byli „zaskoczyć“ odesłano do Limoges „w stan rozporządzalności“, oddając ich w pazury „Tygrysa“, srogiego ministra wojny. Swoją drogą nie podano wykazu strat, to też szeptano sobie o nich cyfry straszliwe. Swoją drogą pomstowano na Anglików a zwłaszcza na przeubóstwionych Amerykanów, którzy w dniach grozy zalewali ulice, kawiarnie, teatry paryskie i nie zaznaczyli bodaj jako tako