Strona:Żółty krzyż - T.II - Bogowie Germanji (Andrzej Strug).djvu/294

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


wiał się na zawsze, mógłby — dlaczegóżby nie — zmaterjalizować się i zjawić się tutaj wślad za zwycięską armją niemiecką i znowu sięgnąć po nią?
Byłoby to zbyt kolosalnie śmieszne, takie farsy nie zdarzają się w żadnej rzeczywistości. I czyż dlatego właśnie, żeby się to nie stało, napór nieprzyjaciela ma być koniecznie złamany, a Niemcy mają być nieodzownie odparci z powrotem za Marnę?
Bądź co bądź Eva nie wierzyła w zdobycie Paryża, ale myślała o tych sprawach jakoś nierealnie. Szły wydarzenia ogromne, przełomowe, a jej zdawały się one jak zmyślone lub przyśnione. Usiłowała strząsnąć ze siebie natarczywość rzeczy widzianych, opędzała się przed rzeczywistością bezmiernego wysiłku, bohaterstwa, rozpaczy, strachu, paniki, które biły z ulic miasta. Ona była pośród tego odrębnym samotnym światem, własnym, samowystarczalnym.
Nosiła w sobie jakowąś tajemną sprawę, niewiadomą ale najważniejszą jaka tylko mogła zdarzyć się w jej życiu. Nie miała pojęcia, co to jest, ale od chwili przyjazdu ogarnęło ją dziwne poczucie, że poza jej wiedzą i władzą zachodzi w jej losach jakiś zwrot ku czemuś, czego nie zaznała jeszcze. Czeka ją jakaś bezprzykładna nowość, moc bezimienna, niewiadomo dobra czy zła. Cóż to ma być? Snując się po mieście, witając znajome ulice, parki, gmachy, kościoły, muzea, mieszając się z tłumem, bezwiednie oczekiwała, że owa rzecz niepojęta lada chwila objawi się jej znienacka, w spotkanym znajomym czy nieznajomym, człowieku, w przypadku ulicznym,