Strona:Żółty krzyż - T.II - Bogowie Germanji (Andrzej Strug).djvu/293

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


cięskich niemieckich żołnierzy, którzy wkroczą tu nie dziś to jutro. Nieprzyjaciel zajął właśnie Château-Thierry i w niepowstrzymanym zapędzie całą swoją masą przewalał się przez Marnę.
Codzień o świcie pod hotelem „Lutetia“ rozlegał się grzmot mierzonych kroków piechoty, bulwarem Raspail ciągnęły oddziały wojsk francuskich, angielskich, amerykańskich, ciężko hurkotały armaty i jaszcze i nieskończone sznury taborów. Co rano, gdy pierwsze poranne dzienniki pojawiały się na mieście, Eva z okien swego pokoju widziała na. jobszernej przestrzeni na skrzyżowaniu wielkich ulic mnóstwo przechodniów, skamieniałych na chodnikach i pośrodku jezdni, który gdzie stanął, zapatrzonych w rozwinięte płachty gazet. Po dwa razy na dobę w dzień i po nocy setki dział przeciwlotniczych grzmiało, ścigając po niebie eskadry samolotów, niedostrzegalnych na zawrotnej wyżynie. W tych dniach znowu ozwały się po wszystkich dzielnicach Paryża wybuchy pocisków monstrualnej dalekosiężnej baterji.
Evie nie chciało się o tem wszystkiem wiedzieć. Co ma być to będzie, jednak wydawało się jej niemożliwością i absurdem, by ona, wymknąwszy się tak nadzwyczajnie i romantycznie z dalekiego Berlina z paszczęki niemieckiej, miała ich spotkać właśnie tutaj w Paryżu — byłoby to zbyt fantastyczne nawet na te czasy. Więc, naprzykład, generał von Sittenfeld, który bezsilnie pieni się i miota gdzieś w bezgranicznej przestrzenią a który zgasł dla niej i roz-