Strona:Żółty krzyż - T.II - Bogowie Germanji (Andrzej Strug).djvu/272

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


woli wraz z kolosalnym sztandarem. Wkrótce stary aktor wytrzeszczył oczy, cygaro wypadło mu z ręki.
Widząc to Abbegglen ruszył do nich natychmiast ze swoim poczciwym uśmiechem. Na to van Trothen porwał trójkolorowy sztandar, stojący pod lipą, i w poprawnej francuszczyźnie zaczął płomienną przemowę do jeńców nieprzyjacielskich, leżących pokotem w cieniu lipy. Landsturmiści nie rozumieli, czego od nich chce ten zapalczywy jegomość wymachujący sztandarem. Wówczas van Trothen rzucił szereg komend niemieckich i porwał na nogi jeńców, którzy wśród reżyserów, ich pomocników, operatorów, własnych oficerów i aktorów, przebranych za oficerów, stracili poczucie kto w tych komedjach dowodzi naprawdę.
— Rozstrzelać mi tego grubego! To szpieg! Cel! Pal!
Abbegglen śmiał się najgłośniej ze wszystkich, a po chwili rozpaczliwego szamotania się z przyjacielem śmiał się wraz z innymi i obezwładniony van Trothen.
— Sama pani widzi... Niech pani będzie gotowa każdej chwili...
Nazajutrz padał deszcz, a gdy dnia następnego w ślicznem słońcu wszystko było przygotowane do wymarszu kompanji kapitana Hofackera (Hialmar Butzke) na plac boju i wzruszającego pożegnania jego z narzeczoną, piękną i bohaterską Margaretą, napróżno czekano na Evę. Telefony, wyrzekania, nie-