Strona:Żółty krzyż - T.II - Bogowie Germanji (Andrzej Strug).djvu/257

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Nie wiem, czy wytrzymam przez jedną godzinę po pani odejściu... Już mnie kusi telefon... Ach, ten telefon...
— Otóż oznajmiam panu, że nie boję się pana ani pańskiego telefonu, rób pan co chcesz, ja zostaję.
— Pani jeszcze liczy na Sittenfelda? Jakież to śmieszne! Ależ on panią zgubi, zmiażdży z rozkoszą!
— Jeżeli uwolnił pana, znaczy to, że nie uwierzył w pańskie samooskarżenie, tak samo nie będzie wierzył w rewelacje obłąkanego co do innych, a więc i mnie nic nie grozi.
— Proszę się nie posługiwać logiką ani rozumowaniem, to wszystko nanic z naszym generałem, jego taktyka wobec mnie jest na to zbyt osobliwą... ale nieomylną. Pani Evo, błagam, usłuchaj mnie!
— Czyż nie ma pan nikogo, ktoby pana pilnował i nie dał panu robić głupstw? Na tylu przyjaciół?
— Pani zapomina, moi przyjaciele to porządni Niemcy, żadnemu przecież nie mogę się przyznać, że jestem szefem francuskiego szpiegostwa, a moi ludzie rozpierzchli się i będą mnie unikać jak zapowietrzonego. Żaden się nie pokaże, nawet ten jedyny, na którego liczyłem zawsze w każdej potrzebie... Jestem samotny jak pies, oddany na pastwę swojego demona.
— W sanatorjum pan odpocznie i opamięta się.
— W Zehlendorfie już o tej porze oczekuje mnie agentka w postaci najpiękniejszej pielęgniarki, wyznaczona przez Sittenfelda z jego ścisłą instrukcją,