Strona:Żółty krzyż - T.II - Bogowie Germanji (Andrzej Strug).djvu/256

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— I co panu z tego przyjdzie?
— Nic, prócz hańby.
— Ależ pan chyba naprawdę jest warjatem?!
— Jestem, jestem... Niech mnie pani zabije... Co za szczęście zginąć z pani ręki!...
Eva roześmiała się głośno, potoczyście, jej srebrzysto-dźwięczne koloratury oszołomiły znękanego van Trothena. Wnet zaśmiał się i on cieniusieńko, piskliwym, płaczliwym dyszkantem. Podnieciło to Evę, a ona skolei porwała go za sobą. Śmieli się, prześcigając jedno drugie jak opętani, trwało to z minutę. Wreszcie van Trothen opamiętał się pierwszy, wstał i zaczął mówić rzeczowo, rozumnie i stanowczo, po swojemu, po dawnemu.
— Pani Evo, pani musi wyjechać stąd jaknajprędzej. Jutro! Lepiejby było — jeszcze dziś na noc. Niech pani rzuci wszystko, niech pani zostawi rzeczy, walizy... Idzie o pani życie! W wypadku najwyższej łaski dostanie pani dożywotnie ciężkie więzienie. Pośpiech! Pani Evo! Schnell! Schnell! Formalności potrzebne do wyjazdu zabrałyby pani przy największych protekcjach z tydzień czasu, a do tego paszporty zagraniczne idą przez biuro Sittenfelda, ten pani nie wypuści, za to ręczę... Dam pani adres i hasło, nawet parę słów polecenia. W pewnem mieście zaopiekują się panią, stamtąd przeprowadzą przez nasz tajny punkt graniczny i już...
— Ależ ja tak nie mogę natychmiast...
— Więc pani zginie marnie!
— Czyż pan nie wytrzyma kilku dni?!