Strona:Żółty krzyż - T.II - Bogowie Germanji (Andrzej Strug).djvu/255

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ich w wielkiem zbliżeniu, trzeba było uważać na każde drgnienie twarzy, cala treść filmu, wszystkie osoby i obrazy przemknęły się przed nim w błyskawicznem przyśpieszeniu... Z roli wypadało, że on ma zgubić Evę, przez niego ta przepiękna kobieta pójdzie pod topór kata i teraz patrzy weń badawczo, chce odgadnąć, czy on zdradzi jej zbrodnię czy przemilczy...
— I cóż?!
W tym głosie zabrzmiało zniecierpliwienie, w oczach błysnął gniew. Przeląkł się jak małe dziecko. Zaczął się tłomaczyć i usprawiedliwiać pośpiesznie, zająkliwie, pochlipując.
— Mówiłem świętą prawdę... Tak jest, pani Evo, proszę się na mnie nie gniewać... I cóż, że się to wydaje fantastyczne? Przecież przez całe te cztery lata każdy mój dzień, każda godzina były fantastyczne! Więc i koniec tego koszmaru jest absurdalny i dziki — nie do pojęcia, ale w tem jest logika olbrzymiego łańcucha faktów. A wreszcie, widać nie mogło się to skończyć inaczej, trzeba się z tem pogodzić i już... Niechże się pani zlituje nade mną! Niech pani tak nie patrzy!
— Jakto, więc ja mam uwierzyć, że pan... Mniejsza o pańskich pomocników i agentów i o tę całą kanalję zaprzańców, kupionych za francuskie pieniądze, ale ja? Panby mnie wydał? Mnie?!
— Tak jest! Niestety, to właśnie pociąga mnie straszliwie, zapewne pani będzie pierwszą, która padnie ofiarą mojego szaleństwa.