Strona:Żółty krzyż - T.II - Bogowie Germanji (Andrzej Strug).djvu/254

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


gdy mnie zwolniono i w oficjalnym komunikacie — pani wie, dziś ukazał się w gazetach — jestem przywrócony do czci, ale zarazem ogłoszony za coś w rodzaju obłąkanego, zaczyna się najniebezpieczniejsza faza dla naszej tajnej centrali. Każdy z naszych i pani również jest na łasce i niełasce zwarjowanego djabła, który we mnie, skądinąd uczciwym i mężnym van Trothenie, obrał sobie siedlisko. Choćby mnie Sittenfeld nie ruszył i zostawił w zupełnym spokoju, ja sam przyjdę do niego, czuję to w sobie nieomylnie... Ale wiem, że wypuścił mnie tylko dla łatwiejszej obserwacji, a właściwie w słusznem przekonaniu, że na wolności moja psychoza rozwinie się dla niego pomyślniej niż w samotnej celi i że pewnego dnia sam zgłoszę się z dalszemi rewelacjami, wyznaniami — rachuba nieomylna...
Zaśmiał się i dość długo chichotał bezmyślnie jak obłąkany, a z oczu kapały mu łzy. Evę ogarnęła litość nad taką nędzą, ale jeszcze bardziej odraza, gdzieś w pobliżu czaił się strach...
— To co pan mówi jest niemożliwe! Rozumie pan? Niech mi pan patrzy prosto w oczy — tak. I niech pan słucha! Pan wszystko skłamał, to zanadto fantastyczne. Prawda? Proszę się przyznać!
Van Trothen był pod władzą jej spojrzenia, zapatrzył się w głębię tych oczu i zapomniał o swojem nieszczęściu, o sprawach centrali, o Sittenfeldzie, o wszystkiem. Zdawało mu się, że gra z Evą w jakimś filmie pod objektywem aparatu w przeraźliwym blasku jupiterów. Moment był ważny, zdejmowano