Strona:Żółty krzyż - T.II - Bogowie Germanji (Andrzej Strug).djvu/215

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


i stają w szeregu. Cóż to znaczy? To kompanja liczy czas wojny...
...Patrzy sam na siebie i widzi nie jedną postać, a skolei kilkanaście, jak na szeregu kartek fotograficznych, wszędzie jest to on, a każdy inny. Co za przemiany! Na samym końcu ktoś nieznajomy, nieuchwytny, obcy — ale to również chyba on, ten dzisiejszy — Niemiec z Ameryki, Ossian Helm. Cóż będzie dalej?
Poczuł na barkach niezmierny ciężar, ugiął się, usiłował podołać, ale wciąż mu ktoś dokładał kamieni, lada chwila brzemię obali go i zgniecie na miazgę. Litości, jakże można tak obarczać człowieka!...
— Wytrzymaj — to wojna!...
Zaczynał się znajomy zamęt, ten, który przychodził w samotnych godzinach o zmierzchu, ten, który budził go po nocach. Stawało się wszystko niepewne, dowolne, dręczące i rozkoszne... On sam zaczynał się gmatwać w swem istnieniu, był tu i był tam, był Francuzem i był Niemcem, nazywał się i tak i owak. Świat wyglądał jak przez sen, cudaczny, nienamacalny, pełen dziwolągów. Nic nie było prawdą, głowa zaczynała się wypełniać miłą lekkością, za chwilę rozwieje się reszta i zostanie niepamięć i nieogarniona nicość. Aż tam, hen poza ciemną pustynią, która odgrodzi go od całego świata, ukaże się świetna gwiazda — jedyne, co jest I — ona...
— Pan zasypia? Pan nie słyszał, co mówiłem?!