Strona:Żółty krzyż - T.II - Bogowie Germanji (Andrzej Strug).djvu/214

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


nie słyszał, co ośmieliło Abbegglena do dalszych konceptów... Obezwładniła go jakaś cuchnąca, dusząca odraza do całego świata — do tego uśmiechniętego oberszpiega, do swoich dalekich wysokich rozkazodawców, do siebie samego za to, że podjął się haniebnej szpiegowskiej roli.
Nadewszystko zdjęła go odraza do wojny, jakby dopiero w tej chwili uświadomił sobie czy też odgadł niespodziewanie — czem ona jest. Przerażała go jej potworna władza, zdumiewa jej nieprawdopodobne trwanie. Dobiega czwarty rok... Czwarty rok... Tak jest — czwarty... Powtarzało się to wciąż szybko wraz z rytmem starego ściennego zegara szwajcarskiego, który machał drewnianem wahadełkiem i za każdym razem odcinał — po cztery lata. Czas gromadził się i rósł w pokolenia i w stulecia — to była wojna. Bitwa pod Charleroi, Marna, okopy we Flandrji, okopy nad Mozą, okopy nad Sommą...
Niezliczona nawała znajomych twarzy i postaci żołnierskich, a wszyscy z jednej jego kompanji. Starczyłoby ich na dobry bataljon, ba, może na jaki taki pułk!... Gdzież oni się u niego zmieszczą? Ale jedni giną i znikają, a na ich miejsca natychmiast ukazują się inni i niebawem podziewają się gdzieś bez śladu, a w ich opróżnione miejsca wsuwają się automatycznie nowi żołnierze. Ktoś mu uparcie niszczy kompanję, odrąbuje z niej całe sekcje i plutony, wybija szerokie szczerby, ale z jeszcze większym uporem napływają skądciś nowi ludzie