Strona:Żółty krzyż - T.II - Bogowie Germanji (Andrzej Strug).djvu/213

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Nic z tego nie będzie! Szkoda pańskiej wymowy. Profesor Wager nic ode mnie nie ucierpi.
Abbeggien już miał dosyć. Wzbierała w nim złość. Kończyła się rola poczciwego wuja wobec upartego głupiego siostrzeńca. Ten malec jest jakoś zanadto pewny siebie, trzeba to utrącić... Jeżeli nie chce po ludzku, po dobroci, pogada z nim inaczej. Swoją drogą przeklinał Paryż. Alarmy o nowym gazie, kategoryczne rozkazy, demonizm starego Wagera — może to tylko popłoch biurokratyczny, wywołany doniesieniem jakichś ajentów genewskich, którzy żyją z fabrykowania alarmów? Kto wie, czy ten kapitan nie ma całkowitej słuszności, ale rozkaz jest rozkazem. Van Trothen ma władzę zmiany a nawet odwoływania podobnych rozkazów, ale w danym razie choćby to nawet uważał za rozumne nie uczyni tego, zbyt mocno go naciskają. Zresztą niepodobna ustąpić choćby dla samego podtrzymania dyscypliny. Co on sobie myśli, taki kapitan? Niech pozna, że z nami nie żarty...
— Co też panu kapitanowi zależy na tym starym? Czy go pan tak pokochał? Przecież nie wymagamy, ażeby pan otruł naprzykład jego piękną córkę? Chyba, że zamierza pan wejść formalnie do rodziny, w takim razie, rzeczywiście, przykro mordować własnego teścia... Inaczej z teściową — ha, ha — ale niestety teściowa nie wchodzi tu w grę...
Claude nie zdobył się na jedno słowo, na żaden gest, nawet bodaj na spojrzenie, któreby zdradzały to, co się w nim działo. Siedział spokojnie, jakby nic