Strona:Żółty krzyż - T.II - Bogowie Germanji (Andrzej Strug).djvu/196

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


w pole przed dwoma laty. Tak samo czuł w tym dniu, to samo przysięgał sobie żołnierz francuski, rosyjski, austrjacki, węgierski, angielski. Ta wojna z fatalną koniecznością o sto lat przyśpieszy rozwój ludzkości, ale pomimo to niechże będzie na wieki wieków przeklęta!...“

„...Przed tygodniem zostałem odkomenderowany do egzekucji nad dwoma szpiegami, żołnierze z mojej sekcji wieszali, a ja musiałem nad tem stać i patrzeć. Jeden był to miejscowy chłop z gór, hucuł, drugi żyd. Do końca przysięgali się, że są niewinni i z pewnością tak było, a chociażby byli naprawdę winni... Mniejsza o to.
Cudowny poranek czerwcowy, las pachnie, polana zasypana kwiatami aż się mieni w oczach — błękit, czerwień, złoto, biel najczystsza. Niebo bez chmurki głęboko modre, dokoła góry piętrzą się tarasami, podkreślone ciemnemi smugami lasów, okryte jaskrawą zielenią łąk. Tuż biegnie, szemrze i pośpiewuje scicha na kamieniach na urwistym zakręcie dziwogłosy Czeremosz, rzeka o niewysłowionej zielonkawej toni...
Gdyby tak rzucić wszystko i ruszyć, nie oglądając się za siebie, tą drożyną nadbrzeżną wgórę rzeki i zniknąć za zakrętem?... Iść długo przez cały dzień za biegiem pluskającej wody, podnosić się coraz wyżej i wyżej aż do jej źródeł i tam gdzieś zajść w samo serce gór, w zaczarowany kraj szczęśliwości, gdzie rozpościera się baśń-ułuda, gdzie dobra