Strona:Żółty krzyż - T.II - Bogowie Germanji (Andrzej Strug).djvu/194

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


trzałem zbliska na wielkiego wodza, słuchałem w uniesieniu, nie tracąc jednego słowa, i dziś jeszcze mógłbym powtórzyć z pamięci wszystko, co mówił. On wierzył w swoje słowa i wierzyło mu dziesięć tysięcy słuchaczy, wierzył mu cały proletarjat świata — i ja wierzyłem. Tego wkczora Jaures po raz ostatni przemawiał przed ludem Belgji do ludów ziemi. W kilka dni zginął. W ciągu tych paru dni zginął i bunt przeciw wojnie. Załamały się dusze wodzów, z godziny na godzinę rosły w masach zwątpienie, zawód, gorycz, nazajutrz po wrzaskach rewolty, po płomiennych odezwach, zanim jeszcze wkroczyła policja i prawo wojenne, rozległy się wstydliwe, wykrętne hasła poddania się przemożnym okolicznościom, a w następne jutro robotnik niemiecki i robotnik francuski już szli na siebie w szeregach wrogich armij...
Poszedłem i ja — wszak mógłbym się zbuntować? Poszedłem z rozdarłem sercem, wściekły z poniżenia i wstydu, zniewolony do absurdu, do wielkiej zbrodni — cóż się dziwić innym? Ale te ostatnie dni lipca z przed dwuch lat wyryły we mnie głębszy ślad niż całe dwa lata okropności, które przeżyłem na wojnie. W tych dniach jak w nasieniu zawiera się cała moja przyszłość, jeżeli danem mi będzie doczekać końca, wszystkie moje zamiary i przysięgi, i czyny. Już wówczas gdym maszerował — nach Paris — przez ukwiecone, powiewające chorągwiami ulice rodzinnego miasta, wśród grzmotu trąb, wśród okrzyków rozbestwionego tłumu, wie-