Strona:Żółty krzyż - T.II - Bogowie Germanji (Andrzej Strug).djvu/190

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


jątrzy i grozi. Ileż razy niepodobna było doczytać do końca kartki z żalu po zmarłym i z oburzenia za to, co ważył się napisać. Listy syna były dla starego ojca ciągłym niepokojem i walką. Czytać wszystko do końca? Dać spokój i nie zaglądać do nich więcej, zapomnieć?
Trudno było czytać, niepodobna było zapomnieć. Czemuż wpadły mu w ręce? Lepiej było nie wiedzieć o nich zupełnie — ale szwagier Niemeyer nie mógł wytrzymać, żeby mu nie zatruć świętej pamięci syna. Listy Kurta dręczyły, nawet spoczywając w szufladzie biurka, sama ich obecność w domu wytwarzała niepokój. Gdy nie zaglądał do nich przez tydzień i drugi i zaczynał się łudzić, że o nich nie myśli a może i nie wie, dopominały się natarczywie pamięci i uwagi z nieprzejednaną tyranją. Mieszały się do snów, ścigały go na mieście. O zmierzchu dnia, o szarej godzinie wśród ciszy zaszeptały przenikliwie... Niespodziewanie wśród białego dnia odezwie się ich śmiech zatajony, pełen szyderstwa...

„...Gdy połowy wielorybów rozwijały się coraz pomyślniej, William Baffin, wyborny żeglarz, usiłował rozszerzyć jeszcze bardziej zakres wód, dostępnych dla wypraw wielorybniczych, i w roku 1605-ym skierował swój statek „Discovery“ wzdłuż wybrzeży cieśniny Davisa i z uporem przebijał się przez lody ku północy, aż dotarł ku szerokiej przestrzeni wód, która odtąd znaną jest pod nazwą zatoki Baffina.