Strona:Żółty krzyż - T.II - Bogowie Germanji (Andrzej Strug).djvu/185

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


fesor Wager był potrzebny ojczyźnie niemieckiej, dał jej, co zdołał, otrzymał w zapłacie sławę i zaszczyty, a teraz ojczyzna daje sobie rady bez niego. Widać zgrzeszył dumą, widać chciał dla niej zbyt wiele, jeżeli ludzie, piastujący całą potęgę władzy, pouczyli go złośliwie, że i to, czego już dokonał, wystarczy dla zwycięstwa. Tem lepiej, ale człowiek czynu, gdy pozna, że jest niepotrzebny, czemprędzej umiera, czyż „Wielki“ Wager, potrafi być emerytem? Nie. Już go woła śmierć.
Sprawy świata oddalają się stopniowo, krok za krokiem, powolutku, codzień mu coś ubywa z tego, co jeszcze wczoraj mocno tkwiło w myśli jako zainteresowanie lub zamiar. Niedługo nic nie zostanie z samej jego istoty. Rzut oka w jutro odbijał się jak od ściany lub natrafiał na ciemność. Za sobą czuł ogromny ciężar czasu, przed sobą jakby już nic. Cóż to znaczy? Nadchodzi koniec.
Wspinał się na najwyższe półki i szperał w nieruszanej nigdy bibljotece specjalnej, odziedziczonej po ojcu, który przez pół stulecia zajmował katedrę filozofji czystej na wszechnicy heidelberskiej. W starych zatęchłych księgach szukał uczonych dociekań i ludzkich domysłów o śmierci. Przerzucił tego dużo i uśmiechał się, czytając — ileż pracy, przenikliwości, genjusza zużyły setki pokoleń mędrców, by bezskutecznie przesypywać pojęcia i słowa jak ów miałki piasek, który niezmiennie i niezawodnie przykryje kiedyś każde umarłe — oczy człowieka... Więcej światła w pojęciu śmierci dawała mu już poezja.