Strona:Żółty krzyż - T.II - Bogowie Germanji (Andrzej Strug).djvu/180

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


za oficjalną kochankę generała, nigdy nie rozmawiali o niej, jakby nie istniała na świecie. Przedewszystkiem sam van Trothen obserwował to z wrodzonego poczucia taktu. I teraz zaczął mówić, gdy przedmiot stał się właśnie niemożliwy do najlżejszego bodaj napomknienia.
Generał dalej milczał, van Trothen gadał, wyplatając androny o powikłaniach i dziwactwach w psychologji gwiazd filmowych. Nie mógł już przestać i nie śmiał oderwać oczu od szachownicy. Wiedział, że gdy się spotka ze spojrzeniem generała, przyzna się do wszystkiego.
— Boże miłosierny, ja chyba zwarjowałem!...
Dobrze, dobrze!... Natychmiast trzeba wyczynić coś idjotycznego! Warjat korzysta z okoliczności łagodzących — w każdym razie niema mowy o wyroku śmierci, a to jest najważniejsze. Dożywotnie ciężkie więzienie celkowe?... Z przymusowemi robotami?... Nie, to gorsze! Na to, żeby uwolnili od wyroku i internowali w szpitalu, trzeba być doskonałym, stuprocentowym warjatem — to nie jest trudne.
I zaczął pleść bez sensu, wyobrażając sobie, że tak mówią warjaci. O rzekomych czerwonych mrówkach, które obłażą go przez całą noc, roją się i kąsają straszliwie, a gdy się obudzi, znikają, ale na całem ciele zostają ślady... O nowym amerykańskim sposobie wyciągania zeznań zbrodniarzy — agent śledczy zasiada sobie z takim bandytą i gra z nim w specjalnie namagnetyzowane szachy. W fi-