Strona:Żółty krzyż - T.II - Bogowie Germanji (Andrzej Strug).djvu/167

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Nie pamiętam! Nic nie chcę pamiętać! Zostaw mnie w spokoju...
Przez chwilę milczeli. Oboje pogrążyli się w tępem zdumieniu, to spotkanie wydawało im się niepodobieństwem. Jeszcze gorszą nieprawdą było wszystko tamto, z niewiarogodnej przeszłości. Dopiero dwa lata temu... Co znaczy — rok? Co to są — dwa lata? Czy to dużo, czy mało? Czy tamto było dawno czy niedawno? A może nic nigdy nie było?... Przecież tak właśnie byłoby najlepiej... To sam djabeł ich ze sobą zetknął, żeby drwić... Czy może być coś okropniejszego? Poco? Poco?...
Nagle oboje jednocześnie spojrzeli na siebie i długo nie odrywali wzroku, nie mogli. Nie mogli się napatrzeć na ohydę, w którą zamieniło się dawne, tak piękne, tak umiłowane.
...Oczy bezmyślne, puste, zapłynięte... Twarz obrzękła, sina, czerwona, pijacka, nos zeszpecony krostami... Jakieś tajemne łajdactwo, zaskrzepłe w rysach, zamknięte, gotowe wypełznąć każdej chwili... Tyżeś jest, mój mężu ubóstwiany, człowieku, któryś mnie ukochał nadludzko — bez litości?...
...To ty, Greto, miłości mego życia... Ty jedyna na świecie, najpiękniejsza, ty przeczysta... Widmo plugawe... Te usta bezecne, sponiewierane każdą rozpustą... Oczy wyuzdane, bezczelne... Głos zachrypnięty, obcy... Gdzie są włosy tamte, najdroższe? Ladacznico....
Nie mogli patrzeć dłużej. W twarzy Grety drgał płacz, lada chwila rozełka się, rozszaleje żal nieutu-