Strona:Żółty krzyż - T.II - Bogowie Germanji (Andrzej Strug).djvu/149

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


posłuszeństwie, bez zapału, gotów iść w ogień i zginąć, a gdy mu mówiono o zwycięstwie milczał a w duszy drwił — za długo na nie czekał...
— Pójdę i spełnię obowiązek aż do końca i cóż poradzę, gdy przyjdą Amerykanie i stanę jeden przeciwko pięciu? Co pocznę, gdy w okopy wjadą ziejące ogniem stalowe machiny, których się nie ima kula ani granat? Tak myślał o tej porze Niemiec.
— Pójdę i spełnię obowiązek aż do końca i cóż poradzę, gdy Niemcy puszczą na nas gaz, na który niema obrony i ratunku? Tak mówił Francuz, Anglik.
Niemców opętał strach przed amerykańską armją, która z niepodobieństwa, z absurdu, z „humbugu“, z „bluffu“ stała się miljonową nawałą i już lądowała we wszystkich portach Francji. W gorączkowym panicznym pośpiechu zbierano resztę sił, by rzucić wszystko na jedną kartę i uderzyć, zanim na dążą tamci. Zawrzała walka o każdy dzień, o każdą godzinę — śmiertelne ściganie się z czasem.
Koalicję przerażało niewiadome, ogarniał lęk przed zaskoczeniem, przed jakąś potworną niespodzianką, którą nieprzyjaciel zachowuje na sam koniec. Obiegały pogłoski o nowo odkrytych przez po tentatów wiedzy niemieckiej śmiercionośnych, dalekosiężnych promieniach... O bakterjach cholery, tyfusu, dżumy, które w swojem położeniu bez wyjścia, w beznadziejnem osaczeniu Niemcy odważą się cisnąć na armje i na kraje wroga. O nowych, nieprzypuszczalnych machinach wojennych, które tak samo jak