Strona:Żółty krzyż - T.II - Bogowie Germanji (Andrzej Strug).djvu/142

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Pominąwszy inne rzeczy, tudzież rozkosze życia i zbytek, one dają człowiekowi niezależność, swobodę.
— Mnie nie trzeba żadnej indywidualistycznej swobody, a robotnik rewolucji musi być w ciągłej zależności od masy, inaczej cierpi na tem zrzeszona praca.
— Cóż pan robi w tych pracach rewolucji? W pańskim wieku trzeba się jeszcze uczyć.
— Nie czas na naukę, trzeba naprzód umocnić władzę sowietów i obronić ją od mnóstwa wrogów wewnętrznych, no i od rządów kapitalistycznych całego świata. Pracowałem dotąd na odcinku kontrrewolucji...
— Ale pan chyba nie mordował ludzi.
— Mordować, nie mordowałem, ale owszem, w sądach ludowych nieraz skazywałem białogwardzistów. Nieraz też wykonywałem wyroki śmierci.
— Jakto? Pan, własną ręką?!
— Dlaczegóżby nie? Wszak to tylko normalna funkcja samoobrony rewolucji, jedni pracują w oświacie, w propagandzie, w opiece nad dzieckiem robotniczem, inni w odrodzeniu moralnem proletarjatu, reszta służy na różnych stanowiskach państwowych, a ja obrałem sobie odcinek naszej Nadzwyczajnej Komisji, tak zwanej u nas Cze-Ka, bo w niej jest jedyna obrona rewolucji i osłona wszystkich jej prac i zamiarów.
— Pan żartuje, pan nie mógł własną swoją reką...