Strona:Żółty krzyż - T.II - Bogowie Germanji (Andrzej Strug).djvu/129

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ludzkich pył powszedniości, odpadały rzeczy puste, nudne i zbędne, a ujawniały się zjawiska z samego rdzenia życia, które składały się na jej wiedzę tajemną, hodowaną pieczołowicie od wielu lat.
Było jej dumą, że nikt jej nie zna do głębi, tej prawdziwej Evy Evard, i nie przypuszcza nawet, co się kryje pod pozorami pustej, rozbawionej, kapryśnej gwiazdy ekranu. Rzeczywistość, którą chłonęła chciwie, obce kraje, mnóstwo ludzi, wśród których się obracała, wypadki i zdarzenia, których była świadkiem, było to wszystko zaledwie surowym materjałem do konstrukcji jej wewnętrznego zatajonego świata. Tam dopiero kryła się istota i cel Evy Evard, jej żywot prawdziwy, zbudowany z fikcji i fantasmagorji, nieposłuszny żadnej logice i żadnym prawom ludzkim. Była to jej żywa baśń o ludziach, o narodach, o całym świecie, o sobie. Żyła w tej baśni od dzieciństwa.
Zaczęło się to w małem osiedlu Maple Creek, zagubionem w krainie Assiniboia na pograniczu ze stanami Montany i Północnej Dakoty, w samem sercu puszczy Kanadyjskiej. Olbrzymie tartaki szły w dzień i w nocy bez przerwy i wytchnienia, jakgdyby się zawzięły wytępić odwieczne bory. Nieprzerwany jęk mnóstwa pił, wżerających się w drzewo, rozlegał się posępnym chórem i zapadał w duszę jak czyjeś nieutulone wieczne cierpienie. Surowa zima gromadziła nieskończone godziny nocy i zwały śniegu, zza horyzontu, z końca świata, od północnego szczytu ziemi wytryskały po nocach promienne