Strona:Żółty krzyż - T.II - Bogowie Germanji (Andrzej Strug).djvu/122

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


jeszcze się przydamy Francji i kochany szef i moja skromna osoba. Trzeba dobrze wypocząć.
Van Trothen był spakowany, codzień wyjeżdżał i codzień zostawał. Wahał się między Szwajcarją i Austrją, to znowu namyślał się nad Holandją. Rozigrane nerwy płodziły coraz to nowe majaki strachu i podejrzeń lub wtrącały go w ciężkie zgnębienie. Nie widział przed sobą przyszłości ani nawet jutra, jak ci, którzy przeczuwają bliską śmierć. Miał się za nieodwołalnie zgubionego; dają mu spokój, póki siedzi na oczach w Berlinie, niech się tylko ruszy, wezmą go na granicy. Na ten wypadek miał swoje cyjankali, ale niemal codzień zdarzały się chwile potężnej pokusy, by nie czekać i samemu rozstrzygnąć swój los. Nie rozumiał już dalszego istnienia. Co on będzie robił zagranicą?
Ogarniała go śmiertelna nuda. Pięćdziesiąt bezmała lat spędzonych na tej ziemi wydawały mu się zupełnie niepotrzebne, a z tego lata wojny były już tylko fantastycznym absurdem. Poco mu było uwikłać się w ten chaos kłopotów, niebezpieczeństw, bezeceństw, zbrodni? Choroba ciekawości, namiętność do intrygi, tajemny smak podłości, kult zdrady... Umiłował śmiertelny hazard i było mu wszystko jedno, z kim grał i o co. Gdyby go wojna zastała w Anglji, zdradzałby Anglję.
Porwała go burza jak źdźbło słomy i miota nim aż po dziś dzień. Minęły dawno górne marzenia i ambicje, żeby dokonać czynów znakomitych i zaważyć na losach wojny. Już w drugim roku wiedział, że nic