Strona:Żółty krzyż - T.II - Bogowie Germanji (Andrzej Strug).djvu/120

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Więc pan uważa, że moja rola się skończyła?
— Rola — bynajmniej, to nerwy kochanego szefa się skończyły.
— Dobrze, jadę...
— Ale kochany szef wyjedzie nie zwlekając i oczywiście najzupełniej legalnie, jako powszechnie znany van Trothen, właściciel i dyrektor „MundusFilmu“. Fałszywe papiery spalimy — to był bardzo nierozsądny pomysł.
— Dobrze, wyjadę, ale mam jeszcze na głowie tę głupią sprawę z Ludwigshafen...
— Niech kochany szef jedzie spokojnie, już ja sobie dam radę z doktorem Helmem. Proszę być pewnym, że instrukcja pańska będzie wykonana.
— Ta szelma raportowała, że niczem go nie mogła przekonać i już ją prowadził do policji! Obróciła wszystko w żart i tem się uratowała. Niesłychane! Obawiam się, czy on nie dostał bzika?
— Poprostu przesadził w ostrożności, a zresztą ta przejęta po Anglikach pani von Senden nie wygląda zbyt solidnie, jak na tak grubą misję. Trzeba było posłać kogo innego. Zresztą nie wróciła z pustemi rękami — przywiozła nam dość ważną informację o naszym kapitanie, mianowicie, że jest do szaleństwa rozkochany w pięknej córce profesora Wagera. Zupełnie niepotrzebna komplikacja... Czemu się, u djabła, nie zakochał w innej Niemce?
— Plotki...
— Całe miasto o tem gada, a ona jest tamtej-