Strona:Żółty krzyż - T.II - Bogowie Germanji (Andrzej Strug).djvu/118

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


dym razem musiał się dobrze zmordować, zanim się opamiętał.
Już nad sobą nie panował. W tych czasach drżał ze strachu nawet przed swoim starym partnerem szachowym generałem Sittenfeldem i radby schować się przed nim w mysią norę, a jednak kusiło go, żeby mu się nastręczać i leźć w oczy. W momentach najgorszego strachu telefonował do niego, napraszając się na partyjkę szachów, żeby przewąchać coś o sobie i wyczuć swój los, a zarazem sprowokować strasznego dręczyciela, żeby spełniło się nareszcie to, co i tak ma być.
Generał odpowiadał uprzejmie, gadał po przyjacielsku i jowialnie i zawsze wymawiał się brakiem czasu.
— Wszystko wie i zwleka, żeby mnie męczyć — myślał van Trothen.
Oczywiście miał wszystko przygotowane do ucieczki, w tajnej fałszowni wystawiono mu trzy najpoprawniej formalne paszporty na trzy granice z fotografjami w trzech charakteryzacjach. Miał stale przy sobie grubą wiązkę banknotów, całą płynną kasę centrali, własne kapitały przeniósł na banki szwajcarskie i holenderskie. Zaopatrzył swoją miłą Klarchen, do Mundus-Filmu dopuścił wspólnika i wkład jego natychmiast przelał zagranicę. Sprawy centrali, wszystkie stosunki, agentury, adresy, korespondencję i szyfry przekazał swemu zastępcy, zapamiętałemu gorliwcowi i manjakowi wywiadu, specjaliście od transportów wojsk i obiegu sił zbrojnych,