Strona:Żółty krzyż - T.II - Bogowie Germanji (Andrzej Strug).djvu/115

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Zabierzcie go do siebie, oddajemy za darmo całą jego wielkość...
— Halt! Ani słowa o Liebknechcie!
— Cześć mu!
— Niech żyje Liebknecht!...
— Precz z Socjaldemokracją! Niech żyją Niezależni!
— Zdrowie Liebknechta, uczciwego Niemca! Precz z Wilhelmem!
— Nalewać!
— Cicho tam, ja mam głos! Nowe Niemcy rodzą się we krwi i w męce! Nadejdzie dzień.
— Niech żyje strajk generalny!
— Tak ci się zachciało bolszewików?
— U nas, w Europie nie będzie tego nigdy, u nas...
— Oho...
— Niech żyją nasi marynarze, uwięzieni w Kiel, w Wilhelmshaven, w Emden...
— Precz z buntownikami! Kiedy ojczyzna...
— Jaka ojczyzna? Czyja? Ludendorffa?
— Ostrożnie! Czy myślisz, że tu niema szpiclów Sittenfelda?
Na ten niespodziewany okrzyk Evie uczyniło się nieswojo. Może to o niej? Zamierzała się wycofać cichaczem, tem bardziej, że oficer, przydzielony do niej dla obrony przed pijanymi, sam zaczął poczynać sobie z nią zbyt obcesowo. Świetny szampański koniak i jego bezmierna obfitość czyniły swoje. Nie było mowy o żadnej wymianie zdań o sztuce ani o pro-