Strona:Żółty krzyż - T.III - Ostatni film Evy Evard (Andrzej Strug).djvu/71

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


dzał godziny wieczorne na wałęsaniu się pod jej oknami i za każdym nawrotem stawał przed willą „Zyglinda“ i ujmował za klamkę furtki ogrodowej. Bał się wejść...
Nareszcie kartka, kilka słów — ojciec zachorował, proszę go odwiedzić...
Powitała go obojętnie, zatroskana jedynie ojcowską chorobą, ani śladu zmieszania, wrażenia, bodaj najprostszego kobiecego zawstydzenia. Nie pomogły jego spojrzenia, pytające, przerażone, błagalne, pozostawała nieporuszona.
— Rito!
— Niechże pan idzie do ojca... Niech pan idzie natychmiast!
Claude wyszedł bezwolnie, bezwiednie, jak lunatyk, zatrzymywał się, przystając na każdym stopniu schodów. Spętała go tępa zaduma o niczem, wałęsały się w nim rzeczy błahe, na wpół zatarte obrazy, jakieś niepotrzebne obrywki... Wreszcie w głowie przebłysła jasność.
— Ona wszystko zapomniała, była niepoczytalna, w obłędzie i teraz nie wie o niczem... Nowy błysk — ależ nic nie było. Przywidziało mu się — ach, pamięta, pamięta — przed tygodniem miał taki sen!. Ależ on jest chory, jest ordynarnym warjatem...
— Boże, ratuj... Któż mi powie... Uczciwie, rzetelnie... Jak to było? Czy było?! Gdzie prawda?...
W gabinecie, przytykającym do sypialni profesora, zastał doktora Schichau na ożywionej ale przyciszonej rozmowie z jakimś wojskowym. Właściwie